Nie jestem cyborgiem, biegam, bo lubię

Bieganie / Porady
dodane przez:

Oskarżenie o bycie cyborgiem usłyszałem niedawno. Padło w kontekście snucia opowieści o Biegu Rzeźnika.

Opowiadałem o tym jak pierwszy raz pojechałem pobiegać po górach i o tym jak góry mnie utemperowały. Opowiadałem o tym, że startowałem o 3 rano, kiedy było ciemno. O tym, że podchodziłem pod kilkuset metrowe wzniesienia. O tym, że cały dzień byłem zdany tylko na własne siły, a za prowiant musiało starczyć to, co miałem ze sobą w plecaku. Powiedziałem też, że cały dzień piłem wodę przez rurkę z plecaka i w tym właśnie momencie zostałem nazwany cyborgiem.

A ja jestem tylko człowiekiem… Takim samym lub prawie takim samym jak każdy z Was.

Kiedy spotkałem po raz pierwszy kolegę który wygrywał ultramaratony zacząłem mu gratulować. Odparł: „E tam! Ty też tak możesz!”. Słowa te dzwonią mi w uszach do dziś dnia. Postanowiłem się ich trzymać. Nawet, jeśli nigdy go na zawodach nie dogonię.

Dlatego teraz nie ma rzeczy niemożliwych. Kiedyś taką rzeczą był dla mnie kwadrans ciągłego biegu. Potem pół godziny. Godzina. Teraz mogę się z tego śmiać, bo biegałem z prędkością niewiele większą od marszu. Ale biegłem, cały czas do przodu. Sprawiało mi to przyjemność, więc chciałem biec dalej. Przebiegłem maraton, potem drugi, trzeci… Aktualnie licznik zatrzymał się na 12 ukończonych.

Nie zawsze jest różowo. Czasami trzeba uznać, że z pewnymi rzeczami się nie wygra. Kiedy biegłem swój piąty i ostatni maraton do Korony Maratonów Polskich, zbuntował mi się żołądek. Od samego startu. Chciałem, bardzo chciałem skompletować koronę… Lecz dotarłem tylko do strażaków na 11 kilometrze. Nie jestem cyborgiem, zszedłem z trasy.

Lecz następnego dnia pobiegłem dalej. Prosto przed siebie. Miałem taką swoją nieodpartą chęć by założyć buty i zaszyć się w lesie. Pokonywać zagubione leśne ścieżki, przeskakiwać przez rowy, strącać rosę z traw… To lubię. Być na sam z sobą. Cieszyć się jak dziecko bieganiem i każdym pokonanym kilometrem.

Nie zmieni tego jedno czy drugie niepowodzenie. Porażki tylko wzmacniają. Uczą pokory do biegania, do ograniczeń własnego organizmu. Ale trzeba biec dalej. Trzeba za każdym razem wstawać. Padłeś! – Powstań! – hasło reklamowe pewnego napoju sportowego wcale nie jest tak prozaiczne. Jest głębsze niż to się na pierwszy rzut oka wydaje.

Tak na prawdę w bieganiu kocham wolność. Kocham przestrzeń, jaką przede mną otwiera i czerpię dziką przyjemność z pokonania każdego kolejnego kilometra. Biegnąc mogę dotrzeć wszędzie. Nie muszę się na nic i na nikogo oglądać. Mogę pobiec nawet w najbardziej niedostępne i najpiękniejsze miejsca swojego lasu. Tam, gdzie zatrzymuję na chwilę czas. Tam, gdzie stoję i patrzę się na majestat przyrody. Tam, gdzie nie dotarłbym gdybym nie biegał…

A potem biegnę dalej… Bo lubię…

  • KrystianEN

    Ja zaczynam kochać po mału. Zaczynam od małych dystansów, ale ważne, że do przodu

  • Sebastian

    Paweł, ile biegasz? Ja w sumie zacząłem rok temu, na razie idzie średnio, ale po prostu to uwielbiam. Chciałbym kiedyś przebiec maraton. Na razie przebiegnięcie 20 km w jakimkolwiek czasie jest ogromnym suckesem :D

  • http://www.facebook.com/lukasz.sowka Łukasz Sówka via Facebook

    Cyborg, cyborg… mam nadzieję, że dotrzymam tempa temu Panu w Katowicach na maratonie ;)

  • http://www.pawelbiega.pl pawelbiega

    Sebastianie,

    Na pytanie „Ile biegam?” mogę odpowiedzieć różnie. Domyślam się, że chodzi o to ile przebiegam na treningach ;) Większość moich treningów oscyluje ok. 10 kilometrów. Raz w tygodniu (weekend) robię dłuższe wybieganie – tak ok 20-30 km. Większe dystanse na pojedynczym treningu nie są potrzebne. Długie wybiegania są szczególnie istotne przed pierwszym maratonem.

    Powodzenia!

  • http://www.facebook.com/pages/Poradnia-Dietetyczna-Dieta-4-U/333201623365719 Poradnia Dietetyczna Dieta 4 U via Facebook

    bardzo fajnie napisane. Do maratonu mi daleko, ale ciągle się staram…