
Pragnąć przedstawić w skrócie genezę powstania Ruszamy Się należałoby się cofnąć kilka lat wstecz. Jak narodziła się idea rozwiązująca problemy wielu z nas? „Be fit, or not be fit”. W wolnym tłumaczeniu chodzi o problemy z motywacją, Każdy je miewa. Jak wiadomo jest to duży problem w prowadzeniu aktywnego i zdrowego trybu życia.
Zatem cofnijmy się do przeszłości. Zabiorę was w podróż. Mam koniec 2009 roku. Na flaker.pl byłem jednym z najaktywniejszych użytkowników. Pewnego dnia stwierdziłem, że muszę dać upust tęsknocie za wysiłkiem fizycznym. W ten sposób rozpocząłem regularne wizyty na siłowni. Cel prosty i oczywisty: chęć podbudowania swojej formy i zgubienia zbędnych kilogramów. W krótkim czasie zacząłem chwalić się swoimi postępami w treningu z innymi użytkownikami Flakera tagując swoje wpisy #silka. Szybko to samo zaczęło robić dziesiątki innych użytkowników. W ten sposób, w wyniku zaangażowania kolejnych osób powstała idea #ruszamysie.
Od stycznia 2010 zaczęły się poszukiwania sponsora. Po co? Idąc z duchem dobroczynności chciałem nakłonić jakąś firmę do pomocy w podjęciu aktywności fizycznej dzieciom z domów dziecka, które ze względów finansowych nie mogły sobie na to pozwolić. W międzyczasie coraz większą popularnością w Polsce zaczynał cieszyć się Facebook. Przy współpracy z firma Appverty powstała pierwsza aplikacja Ruszamy się dla użytkowników tego największego serwisu społecznościowego.
Niestety. Cóż z tego, że media wykazały zainteresowanie projektem, a kolejne osoby angażowały się w projekt każdego dnia? Nic. Sponsora ciągle nie było widać na horyzoncie. Cel odrobinę zaczął się oddalać.
Jednakże sport dał mi hart ducha. Nie poddałem się. Tym samym zakiełkowały trzy idee na rozwój i motywowanie społeczności internetowej. Pierwsza polegała na przygotowaniu serwisu we własnym zakresie. Druga z kolei oparta była na poszukiwaniu inwestora. Trzecia zaś miała na celu wpłynięcie w branżę eventów sportowych. Z tą ostatnią wiąże się pomysł „Weekendu z Ruszamy Się”. W jego trakcie wszyscy uczestnicy mogliby zasmakować aktywności fizycznej pod wieloma postaciami. Zainteresowanie wykazało wiele firm. Jednakże kończyło się na wstępnym rozpoznaniu. Dziesiątki spotkań, telefonów, nieprzespanych nocy, a mimo to nie udało się doprowadzić do końca żadnego z trzech planów.
Myślicie, że się załamałem? Nic z tych rzeczy. Po kolejnej turze rozmów z potencjalnymi inwestorami zapadła decyzja o wyciszeniu projektu. Rozpoczął się żmudny etap dopracowywania i doskonalenia koncepcji. Wszystko zostało rozplanowane i w tym momencie pojawiła się ta być może jedyna, życiowa szansa – zgłoszenie do Global Startup Challange. Konkurencja była duża, ale zaprawa sportowa, o której wspomniałem nie poszła na marne. Mimo opisania pomysłu jaki chcemy tworzyć w zaledwie 50-60% (by nie odsłonić od razu wszystkich kart) udało nam się dostać do finału.
Zatem działamy i wierzcie nam lub nie. Sport Spirit jest w nas. Właśnie realizujemy projekt naszego życia i wiemy, że robimy to całym sercem i wszystkimi naszymi siłami. Trzymajcie kciuki! Obyśmy dobiegli na metę tego maratonu jako pierwsi!


